W Naszej Rzeczpospolitej panuje ostatnio wielkie halo na temat zapłodnienia in vitro.

Powiem szczerze, że strasznie mnie to bawi oraz dziwi. Jak dla mnie najprostrzym argumentem przeciwko jest...

Sprawa dzieci w domach dziecka.

Próbuje się wmówić społeczeństwu, że przecież rodzice, którzy nie mogą mieć dzieci dlaczego mają być pozbawini takiego szczęścia jakim jest posiadanie dziecka. Dlaczego nikt nie powie głośno, to co z tymi z dziećmi z domów dziecka. Niechcianymi, porzuconymi, a czasem zabranymi z domu tylko dlatego, że rodzice popadli w biedę?

Mam rozumieć, że to jest temat zamknięty? Że one są skazane za stratę? Bo ważniejsze jest jeszcze nie poczęte dziecko, niż to które już istnieje? A prawo polskie mówi iż chroni obywatela od momentu poczęcia. Mamy tu paranoje. Nie chroni skoro dyskutujemy o zapłodnieniu in vitro. Prosze zauważyć, że państwa polskiego nie jest stać  na zapewnienie godnych warunków dla dzieci osamotnionych. Byłam nie raz w domu dziecka, sama zresztą jestem zaangażowana w pomoc tym dzieciom, więc dobrze wiem jak wygląda życie w tej placówce. Owszem powstają Rodzinne Domy Dziecka oraz Rodziny Zastępcze czy Adopcyjne. Ale warunki bytowe w Polsce nie sprzyjają tym przedsięwzięciom. Decyzje o adopcji są przewlekłe i długie,a do tego trzeba spełniać określone warunki materialne i opiekuńcze.

Nie należy więc powiedzieć, że nie można na dzień dzisiejszy mówić w Naszym kraju o zapłodnieniu in vitro, skoro mamy tyle dzieci w Domach dziecka? Do tego bardzo często są to dzieci niepełnosprawne, lub trafiły tam w wyniku niedostatku materialnego ich rodziców.

Nie można, bo jak powiedzieć społeczeństwu, że kraj  jest mimo wszystko biedny.

Na dzień dzisiejszy zapłodnienie in vitro traktuję jako zaspokojenie konsumpcyjnych potrzeb ludzi którzy mają już wszystko oprócz dziecka.

"Co się będę martwić dziećmi z "bidula" to wina ich rodziców, to nie moja sprawa. Wrzuciłem kase do puszki WOŚPu więc pomagam potrzebującym nie?"

Właśnie nie....